31 lipca 2017

Beauty Monday: Heat.

Ochotę na miedziane, ceglaste odcienie miałam już od dawna, za sprawą jednej z blogerek (ale o niej napiszę niebawem bo chciałabym żebyś ją poznała!). Okazja ku temu pojawiła się z chwilą przedpremiery palety Urban Decay Heat, w sprzedaży ma pojawić się lada dzień, a jutro pokażę swatche i opiszę ją na blogu. Już teraz tylko zapowiem, że jest warta każdej złotówki!


Na mojej powiece są tylko trzy kolory z palety, aplikowane na szybko bo dzięki pigmentacji i łatwości blendowania mogłam sobie na to pozwolić. Lekko rozświetlona skóra, którą potraktowałam po raz kolejny wegańskim różem do policzków, ale w innym kolorze niż ostatnio.


Lekko podkreśliłam brwi, nie konturowałam bo sama sobie bardzo rzadko to robię. Jest prosto, miło i błyszcząco. Na moich powiekach cienie wytrzymały cały dzień, nie zebrały się w załamaniu ani nie zblakły. W przypadku ust pomyślałam, że najlepszą opcją będzie tylko delikatnie je podkreślić, jednocześnie nawilżając wybrałam więc produkt o takim właśnie działaniu.



Mam na sobie:
Twarz:Chanel CC Cream 20, Zuii Organic Melon.
Oczy: baza pod cienie do powiek Urban Decay, cienie z palety Urban Decay Heat, kredka do brwi Tom Ford Taupe.
Usta: Dior, Lip Glow (w tubce).


Widziałaś już nową paletę UD? Masz na nią ochotę?
Beauty Monday: Heat.
Czytaj dalej...

28 lipca 2017

Rituals i Slow Down Sessions w Amsterdamie.


Nigdy nie byłam w Amsterdamie! Od chwili, gdy marka Rituals i Sephora Polska zaprosiły mnie na wyjazd byłam podekscytowana jak małe dziecko. Dwa dni przed wyjazdem dostałam oficjalny program i moje podekscytowanie stało się jeszcze większe! Spotkanie z twórcą Rituals, poranna joga, medytacja, warsztaty, wspólne kolacje - całość była dopracowana w najmniejszym szczególe i było bardzo atrakcyjna.



Mam dużo zdjęć i bardzo chciałabym się z Tobą nimi podzielić! Rituals zaprosiło 32 blogerki z całej Europy do miejsca w którym marka się narodziła czyli Amsterdamie, polska reprezentacja to Karolina i Adrian (Charlize Mystery), Aga (Dressed in Mint) oraz ja. Po przylocie zostałyśmy przetransportowane do hotelu Arena, który okazał się najbardziej klimatycznym hotelem w którym miałam okazję być - ponad 150 lat temu mieścił się w nim kościół, później szpital dla kobiet, a na końcu sierociniec - naprawdę robi wrażenie. Wieczorem miałyśmy okazję poznać cały zespół Rituals oraz twórcę marki Raymonda Cloostermana.




Zwiedziłyśmy siedzibę Rituals (jestem pod mega wrażeniem warunków pracy zespołu i wyglądu biura!), przeżyłyśmy sesję zdjęciową ze smakowicie udekorowaną wanną, spróbowałyśmy swoich sił w graffiti i poznałyśmy nowych ludzi. Wspólna kolacja, sporo atrakcji, a po niej czas na wyspanie się ponieważ kolejnego dnia o godzinie 7.30 chętne dziewczyny miały stawić się na zajęciach z jogi. To w jaki sposób została przygotowana przestrzeń przerosło moje oczekiwania - sala w której odbywały się zajęcia była dawną kaplicą, a co za tym idzie była naprawdę monumentalna. Po jodze czas na śniadanie, chwila wolnego i warsztaty! Z dziewczynami zdecydowałyśmy się na zapachowe oraz social media - obydwa wybory okazały się naprawdę dobrymi. Lunch, czas wolny i kolacja w jednej z najbadziej znanych restauracji w Amsterdamie czyli Avocado Show (tak, tak każda potrawa jest stworzona na bazie avocado!) - na zdjęciach możesz zobaczyć jakie wizytówki czekały na nas przy miejscu do siedzenia - portrety! W drodze powrotnej złapała nas ulewa, ja miałam okazję wystąpić w moich najpiękniejszych na świecie brokatowych butach, a późny wieczór spędziliśmy w hotelowej restauracji przy lampkach wina.




Ostatni dzień to ponownie poranna pobudka oraz medytacja (moja pierwsza w życiu), a następnie warsztaty, które zrobiły na mnie wielkie wrażenie. Tak naprawdę to to wrażenie chyba powinnam przypisać osobie, która je prowadziła. Jonathan Karpathios to totalnie pozytywny facet, który ma w sobie tyle pasji, że mógłby zarazić nią pół miasta. Jest właścicielem wegetariańskiej restauracji w Amsterdamie w której tworzy dania przygotowane z warzyw ogrodowych, kwiatów, roślin. Mogłabym słuchać go bez końca i wiadoma sprawa - wzruszyłam się ponieważ zawsze, gdy mam okazję poznać ludzi, którzy znaleźli w życiu swoją pasję (nie ma znaczenia jaką) i miejsce na ziemi oraz opowiadają o tym z tak wielką radością - działają na mnie jak niewyobrażalna inspiracja. A jego motto? "Do what you like the most and you'll never have to work again."


Cudowny czas, cudowni ludzie i wielka przygoda! Mój pobyt w Amsterdamie był świetną przygodą i naprawdę czuję się nim zainspirowana. Zostawiam Cię ze zdjęciami oraz z filmikiem!


i jeszcze trochę zdjęć oraz filmik...








Dziękuję Sephora Polska (Kamila!).
Rituals Team, (Lisa!) thank you for having me in Amsterdam! It was beautiful time!
Rituals i Slow Down Sessions w Amsterdamie.
Czytaj dalej...

26 lipca 2017

O momencie w którym myślę: “pora się zwijać”.

Obiecałam sobie, że nie będę zagłębiała się w ten temat, że nie będę komentować go na swoim blogu, nie będę się przejmować. Robiłam to przez wiele miesięcy i każdego dnia utwierdzałam się w przekonaniu, że blog nie jest miejscem do tego typu rozważań. Do dzisiaj. Dzisiaj przelała się szala mojej goryczy lub jak wolisz mój poziom zdenerwowania sięgnął apogeum. Chcę o tym napisać pierwszy i ostani raz. Te z Was, które śledzą Instagram wiedzą, że dzieją się na nim różne dziwne akcje - dwa lata temu ktoś kupił mi i Asi (Piękność Dnia) po 500 followersów w prezencie. Na szczęście Instagram usunął fałszywe konta i sprawa zakończyła się łagodnie. Od tamtej pory raz na jakiś czas walczę z dziwnymi kontami, które lubią mój profil. Robię to w prosty sposób - blokuję je, nie widzę potrzeby, aby jednym z moich Obserwatorów było zdjęcie 12 letniego chłopca z tysiącami polubionych kont.

Jakiś czas temu pojawiła się w sieci aplikacja Fame Audit (fameaudit.com) dzięki której możesz w prosty sposób sprawdzić procentową ilość dziwnych followujących kont. Aplikacja wypluwa ilość procentową, a także podejrzane konta - w części przypadków są to konta nieaktywne lub posiadająca małą ilość zdjęć, co jest oczywiście normalne i wytłumaczalne. Spora część Czytelniczek używa Instagrama do obserwacji, nie publikując własnych treści lub robiąc to rzadko. Skąd to wiem? Bo podejrzanym kontem jest konto mojego Tomka z którego korzysta bardzo rzadko. W moim przypadku, ponad 8 000 followersów poziom procentowy to 9 %. Są konta, które tych procent mają 50, 60, a nawet 70, co oznacza, że bez wątpienia w jakiś sposób profil Instagramowy został zasilony fejkowymi kontami, w sporej części arabskimi. Konta te oczywiście są nieprzydatne do niczego ponieważ ludzie, którzy są ich twarzami nie istnieją. Istnieją natomiast firmy, które je tworzą i sprzedają za naprawdę niewielkie pieniądze.

To tytułem wstępu. Ponieważ nie interesuje kwestia kupowania followersów, a skądinąd wiem, że ja i moje koleżanki jesteśmy o to oskarżane ponieważ mamy ich kilka tysięcy - powtarzam, jest to do sprawdzenia. W całym tym brudnym instagramowym środowisku nie to mnie doprowadziło do zdenerwowania, każdy z nas decyduje o tym kim chce być, jak tworzyć swoje treści oraz czego w życiu potrzebuje.
Po co kupuje się followersów oraz polubienia pod zdjęciami? Z prostej przyczyny - firmy, agencje, marki zwracają na to uwagę czyli im więcej tym lepiej. Kwestia tego kim są ludzie, którzy obserwują dany profil (oraz czy w ogóle istnieją) schodzi na dalszy plan.

Wczoraj wstawiłam zdjęcie na Instagrama i po godzinie zaobserwowałam 250 polubień, co jak prawdopodobnie wiecie w chwili obecnej na Instagramie jest trudne do osiągnięcia z powodu obcinania zasięgów. W pierwszej chwili pomyślałam, że może moje zdjęcie trafiło na główną stronę, ale zajrzałam kto je polubił i zamarłam. Nie policzyłam dokładnie, ale pod zdjęciem mam ponad 100 polubień pochodzących z bardzo dziwnych kont, które zdecydowanie nie są moimi Czytelnikami, a zdjęcie mojego loda ich naprawdę niewiele obchodzi. Pod kolejnym zdjęciem sytuacja się powtórzyła. Moje zdjęcie zostało zasilone kupionymi polubieniami. Nie mam na to innego wytłumaczenia i nie wiem kto to zrobił oraz szczerze mówiąc nie obchodzi mnie to. Obchodzi mnie natomiast to, że społeczność w której żyję jest zdolna do kolokwialnie mówiąc podkładania świni. Obchodzi mnie to, że istnieje ktoś kto cieszyłby się, gdyby coś złego stało się z moją pracą oraz tym, co robię. Obchodzi mnie to, że zostałam poddana czemuś, co nie mieści się w mojej głowie - dlaczego ktoś kupuje fałszywe polubienia mojego zdjęcia?



To są właśnie momenty w których myślę: pora się zwijać. Nie wiem dokąd to wszystko zmierza i jestem zaniepokojona. Przeraża mnie fakt, że są ludzie, którzy w tak prosty sposób mogą zniszczyć coś, na co pracowało się kilka lat. Jeszcze bardziej natomiast to, że prowadząc tego bloga i tylko przez to właściwie, mogę stać się ofiarą tego typu działań.
O momencie w którym myślę: “pora się zwijać”.
Czytaj dalej...

25 lipca 2017

Charlotte Tilbury Luxury Palette Golden Goddess, The Dolce Vita.


O kosmetykach Charlotte Tilbury marzyłam od dawna, bardzo chciałam wypróbować zarówno pielęgnację jak i makijaż. Po jednych z warsztatów makijażowych w których brałam udział miałam możliwość wypróbowania cieni i przepadłam. Poprosiłam znajomą o zakup dwóch paletek cieni do powiek Luxury Palette w bardzo bezpiecznych odcieniach czyli The Dolce Vita oraz The Golden Goddess. To właśnie było zamówienie, którego naprawdę nie mogłam się doczekać!


The Dolce Vita to paleta w której górnym rogu możesz zobaczyć czekoladowy brąz, The Golden Goddess natomiast jest równie piękna i uwielbiam kawowy kolor cienia w dolnym rogu. Cudownie wyglądają zmieszane ze sobą, a także solo - w każdej konfiguracji tak naprawdę można odnaleźć w nich głęboki kolor i cieszyć się totalnie genialnymi konsystencjami.


Kolej na swatche, po lewej The Dolce Vita, po prawej The Golden Goddess.


Wspominałam wyżej o konsystencji - jest naprawdę świetna tak samo jak pigmentacja. Naprawdę uważam, że warto się im bliżej przyjrzeć, jeśli mieszkasz za granicą i masz dostęp do Charlotte Tilbury na żywo koniecznie sprawdź je!


Najbardziej zadowolona jestem z ich aplikacji oraz konsystencji, nie mogę mieć zastrzeżeń do pigmentacji oraz trwałości - krótko mówiąc jakość jest na naprawdę wysokim poziomie i uważam, że w przypadku cienie nie żałowałabym wydanych na nie pieniędzy. Nie wiem natomiast jak inne produkty Charlotte, może miałaś okazję testować na przykład rozświetlacze, bronzery albo pomadki? Kusi mnie jeszcze parę produktów z oferty, ale nie mam pojęcia na jaki kolejny się skusić!


Więcej makijaży z wykorzystaniem palet Charlotte Tilbury znajdziesz na moim Instagramie tutaj oraz tutaj.
Charlotte Tilbury Luxury Palette Golden Goddess, The Dolce Vita.
Czytaj dalej...

24 lipca 2017

Beauty Monday: Fireball!

Odcień eyelinera, który mam na powiekach jest niespotykany, bez wątpienia jedyny w swoim rodzaju. Nie napiszę, że jesteśmy nierozłączni, że często mam go na sobie bo tak nie jest. Fireball jest na specjalne okazje, uwielbiam jego przemianę z pomarańczy w metaliczny róż i brzoskwinię. Efekt jaki tworzy to błyszczący metalik, który jest nie do zdarcia.


Kolor, który zaproponowała marka Urban Decay nie potrzebuje towarzystwa - cudownie wygląda solo, a niemalże każda spotkana osoba nie może oderwać od niego wzroku. Reszta makijażu to rozświetlona skóra, odrobina nowego różu Dandelion Twinkle na policzkach oraz matowe usta w przepięknym, głęboko malinowym odcieniu.



Mam na sobie:
Twarz: Guerlain Lingerie de Peau Skin Fusion 01N Très Clair, Benefit Cosmetics Dandelion Twinkle.
Oczy: baza pod cienie do powiek Urban Decay, matowy jasny cień do powiek (u mnie z palety Kat von D do konturowania), Urban Decay, eyeliner w odcieniu Fireball, tusz do rzęs Too Faced Better than sex mascara, black, kredka do brwi Tom Ford Taupe, czarna kredka Estee Lauder na linii wodnej.
Usta: pomadka w płynie Huda Beauty Trophy Wife.


Który element makijażu podoba Ci się najbardziej - oczy, usta, skóra?
Beauty Monday: Fireball!
Czytaj dalej...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...